Kim był? Trudne pytanie. Myślałam o tym wielokrotnie. Zastanawiałam się jak o nim napisać. Chyba siostra ma tu bardzo trudne zadanie – ale spróbuję.
Urodził się 18 czerwca 1979 roku w Warszawie, w szpitalu przy Czerniakowskiej. Nie pamiętam tego dokładnie, bo miałam wtedy zaledwie 6 lat, ale jak dziś stoi mi przed oczami dzień, gdy pojechaliśmy z Tatą aby odebrać Mamę i Karola ze szpitala. Pamiętam, że burzyłam się nieco, że on nie jest siostrą. Wtedy Tata powiedział mi: nie martw się, to super mieć Brata. Jak będzie duży, to cię będzie na rękach nosił. No więc pogodziłam się z tym. A potem już mi kompletnie nie przeszkadzało, że to nie siostra, tylko nie mogłam się doczekać kiedy będzie wreszcie dorosły. Pamiętam, że gdy był taki zupełnie maleńki, w mieszkaniu Dziadków na Zajęczej (gdzie mieszkaliśmy na kupie) – ogromnie cieszyło mnie, że mam taką małą, żywą laleczkę, którą mogę podnieść, przewinąć a nawet nakarmić. Potem, gdy był nieco starszy, czekałam, aż wreszcie zacznie chodzić – i że to ja powiem rodzinie – on już chodzi! To byłby dopiero wyczyn! I mój wielki sukces.
Był jeszcze ten dramatyczny moment, gdy zniknął z domu, bo walczył o życie w szpitalu na Bielanach – miał wtedy niecały miesiąc. Miał szczęście, lekarze uratowali mu wtedy życie, choć kosztowało go to kilka dni a może tygodni w inkubatorze pod kroplówką. Taki był maleńki i bezbronny z tymi wszystkimi rurkami i kroplówkami. Byłam tam raz i widziałam. Wtedy dostał drugie życie, kredyt – jak się okazało tylko a może aż na 30 lat. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?
Potem były długie lata, gdy po przeprowadzce Rodziców na Ursynów (ja zostałam u Dziadków) mieliśmy kontakt weekendowo-wakacyjny. Rodzeństwo jedynaków – tak to można chyba ująć. Jednak nigdy nie był dla mnie uciążliwym młodszym Bratem. Jak zostawaliśmy sami, to znakomicie czuliśmy się razem. Nie było kłótni, konfliktów, skarżenia na siebie. Cieszyliśmy się obydwoje, gdy się widzieliśmy, choć przecież w tamtych czasach różnica 6 lat była kolosalną przepaścią. Gdy w 1988 roku przeprowadziłam się do Rodziców, obecność Karola była dla mnie oczywista i naturalna. On był bardzo pogodnym, ciepłym i serdecznym dzieckiem, którego jedyną wadą było to, że jak już zaczął gadać, to nie mógł przestać – wkurzało mnie to nieco, szczególnie, gdy odrabiałam lekcje. Wchodził do mnie do pokoju i nawijał jak wściekły. Zadawał tysiące pytań. Gdy poszedł do szkoły martwiłam się jak on sobie poradzi – bo był tak absolutnie naiwny i prostolinijny. Nie chodził do przedszkola, więc w kontaktach z rówieśnikami kompletnie się gubił. Ale radził sobie. Nawet potrafił z tego żartować. A potem już całkiem swobodnie wszedł w grupę rówieśniczą w liceum. Ja wtedy byłam już na studiach. Myślę, że właśnie wtedy zaczął nawiązywać pierwsze przyjaźnie i znajomości. Lubił swoją szkołę i z kolegami z tamtych czasów utrzymywał kontakt do końca. Gdy osiągnął już wiek imprezowy ciągałam go niejednokrotnie na moje imprezy. W tamtych czasach poznał większość moich znajomych. A w ich towarzystwie czuł się dobrze i oni go lubili. Sporo było takich wspólnych zabaw – spływy kajakowe, bale karnawałowe lub inne imprezy organizowane spontanicznie (takie czasy i potrzeba wieku). Dopiero kilka lat później zaczął bawić się we własnym gronie. Ale zawsze u Rodziców na działce bawiliśmy się znakomicie razem. I zawsze gadaliśmy do rana – mieliśmy tysiące tematów, przemyśleń, wrażeń. On ciągle czegoś się uczył, czymś zachwycał. Wciąż badał nowe rejony i myśli. Miał tysiące pomysłów – od tych fantastycznie twórczych, do takich, które jeżyły włosy na głowie. Ale zawsze z wielką pasją o tym opowiadał. Eksperymentował. Fascynowały go mity prasłowiańskie, wierzenia, religie, kontrowersyjne poglądy, którym ulegał, aby później zmienić punk widzenia. Jak coś robił, to na 100%. Był ogromnie pracowity. Potrafił godzinami siedzieć i się uczyć, tak samo jak spędzał całe dnie na treningach, bieganiu, czy waleniu pięściami w worek. Wszystko z pasją i determinacją. Aż się bałam, że zrobi sobie krzywdę. Jak wpadał w jakąś swoją „jazdę” to nie można go było od tego odwieźć – na przykład pił kawę jak wodę. Każdy normalny człowiek by się po tym przewrócił. A on nie. Gdy studiował, to wpadał z głową w poglądy o których czytał. To go fascynowało. Może nie był wzorowym studentem, ale miał determinację i pasję. Dzielił się potem swoją wiedzą i opowiadał o tym jak o czymś absolutnie niezwykłym. Zawsze uważałam, że każdy powinien sam przeżyć swoje intelektualne przygody – dlatego nigdy go nie hamowałam w tych zapędach – tylko słuchałam i czasami delikatnie zwracałam uwagę, że chyba nie tędy droga. Nie wiem czy mnie słuchał i czy wyciągał wnioski z moich uwag (czułam się jak stara, konserwatywna ciotka). Ale nie polemizował tylko wysłuchiwał co mam do powiedzenia. Były momenty, gdy mnie martwił. Ale śledziłam te jego „zakrętki” i uważałam, że ma do tego pełne prawo. Ostatecznie wszyscy nie muszą myśleć tak samo, standardowo. Widziałam w tym przejaw geniuszu. Starałam się mieć pokorę w stosunku do tych jego myślowych wycieczek i pomysłów. I wierzyłam, że w tym tkwi jego niepowtarzalność, oryginalność i, że to właśnie sprawi, że wybije się ponad przeciętność. Ostatecznie powiedział mi kiedyś, że będzie prezydentem.
W ostatnich latach realizował się w życiu prywatnym – ożenił się i miał córkę. Można wierzyć lub nie, ale kochał to dziecko tak, jak tylko ojciec może kochać. Pasjami, nieprzytomnie ale nie bezkrytycznie. Uczył, mówił, kochał, tulił. Był po prostu absolutnie cudownym ojcem. Jakim był mężem – nie mi o tym pisać. Ale sądzę, że równie wspaniałym. Bo miał w sobie wielką miłość. Był facetem bez dziwnych klimatów szowinistyczno-patriarchalnych. Potrafił okazywać uczucia i się ich nie wstydził. Nie tłamsił emocjonalnie. Był człowiekiem ufnym i otwartym, choć jak każdy nie pozbawionym wad. Ciężko pracował, aby jego rodzina miała środki do życia i bardzo się starał oraz przejmował gdy coś mu nie wychodziło. Gdy brakowało pieniędzy nie bronił się przed jakąkolwiek pracą, Nawet fizyczną. Gdy mu zaproponowałam wykończenie domu na działce, to zabrał się za to z entuzjazmem i zrobił to perfekcyjnie. Pomogliśmy sobie nawzajem – on miał pracę a ja super wykończony dom. Bo trzeba pamiętać, że w kładzeniu glazury i terakoty był bezkonkurencyjny. Ślęczał godzinami nad fugami w kuchni. A pobił sam siebie, gdy przywiózł od Rodziców z działki płytki wycięte z kamienia wapiennego, którego kamieniołom jest na podwórku. Przyciął to wszystko w prostokątne płytki a potem położył na czopuch kominka. Wyszło wprost rewelacyjnie! Był bardzo dumny. I słusznie.
Karol był dobrym synem, wspaniałym bratem, mężem i ojcem oraz przyjacielem. Nigdy nikogo nie zawiódł, nigdy nie zrobił nikomu krzywdy. Gdy tylko mógł, to pomagał. Był „cieplutki”, pełen współczucia i życzliwości. Nie byliśmy rodzeństwem syjamskich bliźniaków, którzy bez siebie żyć nie mogą. Każde z nas miało własne życie. Ale przecież był moim jedynym, ukochanym, młodszym Bratem. Świadomość, że nie żyje jest dla mnie czymś absolutnie absurdalnym i strasznym w swej jednoznaczności.
Karol zmarł 5 października 2009 roku, o godzinie 4.30 nad ranem, po krótkiej i dramatycznej chorobie. Od chwili, gdy lekarze postawili diagnozę minęło zaledwie 40 godzin do momentu jego śmierci. Nie miał już żadnych szans, gdy znalazł się w szpitalu na oddziale intensywnej terapii. Ale nim otrzymał pomoc minęło wiele godzin czekania na właściwą reakcję odpowiednich służb – a ta właściwa reakcja nie nastąpiła. Bo pogotowie nie przyjeżdża do trzydziestoletniego cierpiącego mężczyzny, zaś lekarz, który się pojawia nie widzi, że jego pacjent umiera – tak jest zadufany w swojej arogancji.
Nie powinno być tak, że Rodzice chowają swoje dziecko, a starsza siostra chowa młodszego Brata. A tymczasem przez dwie doby patrzyliśmy bezsilnie jak Karol umiera. Dobrze, że mogliśmy być z nim. I mam nadzieję, że on o tym wiedział. W ten przedziwny sposób dopełniło się jego przeznaczenie i został spłacony ten kredyt, który został zaciągnięty gdy Karol przeżył jako noworodek. Widocznie miał tylko to 30 lat – i tak myślę o tym, choć jest to bardzo trudne.
"Człowiek żyje dopóki żyje pamięć o Nim" - Karolek będziesz żył wiecznie..
Przechodzeń
zapalił(a) znicz dnia 2010-08-24
[*]
Ola
zapalił(a) znicz dnia 2010-08-24
Ale ten, którego śmierc wybrała (...) sam odkrywa prawdę - odkrywa, że smierć nie ma w sobie grozy. Własne ciało wydaje mu się narzędziem bezużytecznym... " Twierdza" A. de Saint-Exupery
Nieznajoma
zapalił(a) znicz dnia 2010-07-11
Zal serce sciska ....
gosia
zapalił(a) znicz dnia 2010-06-18
dziś swoje urodziny świętujesz już w Niebie, Karolku. a ja dziś wypiję za Twoje szczęśliwe tam trwanie. Choć wolałabym tu, pamiętasz w zeszłym roku truskawkową margaritę? (choć to były urodziny Oli)
Ola
zapalił(a) znicz dnia 2010-06-18
Rok temu - Braciszku - życzyłabym Ci stu lat życia. Dziś nie wiem czego Ci życzyć. W każdym razie - gdziekolwiek teraz jesteś - WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!
Ania i Janusz Galeńscy
zapalił(a) znicz dnia 2010-05-18
Zapalamy Ci światełko. I myślimy o Tobie ciepło i promiennie tak jakim Ty byłeś.
Ola
zapalił(a) znicz dnia 2010-04-29
Braciszku, jak ja strasznie za Toba tęsknię... Po prostu w głowie mi sie nie mieści, że Ciebie już nie ma. Mój ty maleńki.
Najszczersze kondolencje...wiem jak to jest stracic brata - jako starsza siostra...to tak jak stracic reke. Tylko 1.5 miesiaca pozniej, w listopadzie, po 3.5 miesiacach zmagania sie z rakiem zmarl moj mlodszy brat ktory rowniez jako noworodek dostal drugie zycie...na kredyt 33 lat. Mowi sie ze czas leczy rany ale bol i smutek po tak wielkiej stracie niestety nie mijaja...Pozostaje zyc z wielka dziura w sercu...
Kasia Błahuta
przypadkowy przechodzień 2010-04-13
Wyrazy głębokiego współczucia....Jedna chwila a zmienia tak wiele...wiem jak jest pusto i beznadziejnie jak odchodzi młodszy kochany brat.Bardzo współczuję i łączę się w bólu..Żegnamy się tylko z nimi na krótka chwilę jaką jest życie...[*]
Ola
siostra 2009-11-10
Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze I zapiją mój pogrzeb - oraz własną biedę: Jeżeli będę duchem, to się im pokażę, Jeśli Bóg [mię] uwolni od męki - nie przyjdę... J. Słowacki "Testament mój" zrobiliśmy to Karol
adam kolasiński 2009-10-22
...pamiętam, jak wrócił z egzaminu i usiadł ze mną pod blokiem (czekałem na Olę)
...zrobił mi wtedy wykład o "grupach krwi" i jak one się mają, do tego, kto je więcej mięsa, a kto więcej warzyw potrzebuje...
współczuję Wam wszystkim...całej rodzinie, przyjaciołom...po prostu wszystkim, którzy go znali...szok
Jerzy Gecow 2009-10-21
Wpadłeś promieniem na chwilę,
Przysiadłeś w kwiatach przy urnie:
„ Nie płaczcie Kochani tyle
Bo odejść mi będzie trudniej”.
Spójrz, ilu masz dzisiaj gości,
Dla Bożej i Twojej chwały.
Boże... nie byłoby prościej
By dzieci rodziców chowały?
Mój Brat Karol. Był i go nie ma. Nie potrafię w to uwierzyć. Ale miałam wielkie szczęście, bo miałam go 30 lat. Widziałam jak się urodził, pamietam jak uczył się mówić i chodzić. Patrzyłam jak dorasta i zawsze marzyłam aby zobaczyć jaki będzie jako dorosły człowiek. Widziałam. Kiedyś, kiedy był jeszcze chłopcem powiedział, że jak on bedzie dorosły, to ja będę "stara baba". Wszystko wskazuje na to, że jestem już tą starą babą:). Nie oczekiwałam, że on odejdzie jako pierwszy. Ale prawdą też jest, że miał możliwość przeżycia wszystkiego - była szkoła, studia, praca, rodzina. Dał nam te 30 lat. Nie raz bawiliśmy się razem i cieszyliśmy głupotami. A on był zawsze taki pogodny. I jako dziecko i jako dorosły człowiek. Będzie mi go strasznie brakowało. Odejście kogos bliskiego zawsze boli. A jeszcze bardziej, gdy się wie, że ten ktoś cierpiał. Mam nadzieję, że teraz jest mu już dobrze. My zaś go mamy w jego córeczce.
Śmierć gwałtownie przerwała
Nitkę Twego życia.
Oderwała od bliskich
Tak kochanych ludzi.
Leżysz tam w ciemnym grobie
Czekając na chwilę
Gdy znów spotkasz się z nimi
Gdy Bóg Cię ze snu zbudzi.
D(...)